You are not connected. Please login or register

Pulvis es et in pulverem reverteris.

Go down  Wiadomość [Strona 1 z 1]

1 Pulvis es et in pulverem reverteris. on Pią Paź 23 2015, 18:42

Ignisea

avatar
Dorosły
Pulvis es et in pulverem reverteris.


Prochem jesteś i w proch się obrócisz.

Imię:
Można by powiedzieć, że i ona swojego imienia nie posiada, jednak przezywają ją Ignisea, co jest dosyć dziwnym zjawiskiem. "Ignis" oznacza "ogień", a "sea" kojarzy nam się z językiem angielskim i oznacza "morze".

Rasa:
Dumnie przed siebie kroczy, ale cóż to? Nie jest to ani wilk, ani smok, lecz... gryf! Tak, to jest ten już prawie zapomniany gatunek! Mimo tego samica nie robi z tego żadnej afery.

Wiek:
Nic nie wiadomo o jej wieku, niestety.

Orientacja:
Fabuła, ludzie! Ale nie no, zamiast poczekać na wszystko, co się zdarzy, chcę powiedzieć i Wam oznajmić, że jest aseksualistką.

Ranga:
Nie wiadomo dokładnie, ile ma lat, ale jedna informacja z tego jest znana - jest Dorosłym osobnikiem.

Historia:

Ponieważ ludzie zrobią wszystko i poświęcą również wszystko, by coś zdobyć.

Ignisea narodziła się w nieznanym dla nas czasie, pokonując dzielnie skorupkę jajka oraz wydostając się na świat, który ją niezwykle zaciekawił. Uczyła się mówić, kontaktować z innymi, pokonywała progi nauki. Rosła, bawiła się normalnie z rówieśnikami, pod opieką troskliwej matki, która niemal ją na każdym kroku pilnowała, wciąż i wciąż. Kobieta starała się być jak najlepszą matką, pomimo śmierci jej partnera, z którym była bardzo zżyta. Niestety, ale nie zawsze jej to wychodziło, gdyż córka sprawiała całkiem sporo problemów, będąc istną buntowniczką, chyba jedyną w swoim rodzaju. Często uciekała, spędzając czas ze swoimi przyjaciółmi, ponieważ z czasem uważała, że taka spora ilość nauki jej się w życiu nie przyda. Przecież potrafiła polować, no ba, nawet latać, jak każdy gryf! Matka dostawała bardzo wiele skarg od nauczycieli na temat Ingnisei, nie dając sobie rady z dorastająca dziewczyną, która zaczęła zadawać się ze złym towarzystwem, jednak nie robiła tego, co paczka rozkazywała. Po prostu chodziła z nimi, żeby na chwilę odsapnąć od życia i wziąć krótki postój, żeby móc głęboko odetchnąć. Wszystko ją przytłaczało, musiała się przy okazji uczyć, co uznawała za zbyteczne i niepotrzebne do życia. Czy na stówkę takie niepotrzebne, jak się jej to wydawało? A może było wręcz przeciwnie? Może to, czego się kiedyś nauczyła, przyda się jej w chwili obecnej? Nie no, nie mam zamiaru z tej postaci czynić czegoś niesamowitego, jedynego w swoim rodzaju, zatem zna tylko podstawowe rzeczy, czyli polowanie, latanie, rozmawianie, zaparzanie przy okazji jakiejś dobrej herbaty z wysokiej jakości ziół, nic więcej. Może jakaś szczypta czegoś innego, ale nie jest pokazane tutaj dokładnie, czego. Omijając lasy oraz rzeki, czując się wolnymi niczym ptaki (bo przecież gryfy są w części tym gatunkiem zwierząt, co nie?), przebijając się przez kolejne warstwy chmur i gór, grupka dotarła do dziwnego miejsca, w którym jeszcze nie byli. Od razu poczuli inne powietrze, jakby było skażone oraz zanieczyszczone czymś, co drażniło płuca leśnych stworzeń. Natychmiastowo zaczęli kaszleć, nie mogąc dalej wytrzymać w tym obrzydliwym i pełnym chemikaliów miejscu, od czasu do czasu plując z gardzieli swoją własną krwią. Dziwne maszyny wędrowały po czarnej powierzchni, mając dziwną tabliczkę z numerkami i podobnymi literami na początku. Wewnątrz znalazł się przeogromny budynek, nazywany potocznie drapaczem chmur, gdzie szli głównie mężczyźni, rzadko kobiety. Nosili oni w swoich dłoniach dziwne, szare bądź brązowe kwadraty, chwytając za rączkę właśnie ten przedmiot. Po zmroku dziwne słupy z kulą u góry zaczęły świecić, dając światło ciemnemu miejscu, co rzeczywiście zaciekawiło grupkę gryfów. Dodatkowo jakieś dziwne, inne światełka, które były kolor zielonego, żółtego i czerwonego, a kierowały one tymi dziwnymi maszynami na czterech kołach. Nieraz, ale to bardzo rzadko przejeżdżał na zwykłej kostce brukowej człowiek na maszynie, której jeszcze nie znali, zwaną u nas rowerem. Za każdym razem, gdy samochód wyjeżdżał, zanieczyszczał ogromnie powietrze, dodatkowo były jeszcze jakieś inne budynki, z których wydobywało się sporo dymu. Nie było to przyjemne miejsce dla młodzieży, która tutaj przypadkowo dotarła, ponieważ byli przyzwyczajeni do czystego powietrza z lasu. Z trudnością im się tutaj oddychało, dlatego starali się unikać tych ogromnych fabryk oraz ulic. Większość postanowiła, że już więcej nie przyjdą w te podejrzane i dosyć niebezpieczne miejsce, jednak zdołali złamać przeciwko sobie daną obietnicę. Wieczorem ruszyli tam, gdzie im nauczyciele zakazywali przez większość ich życia. Chcieli się zamaskować, żeby nikt ich nie znalazł oraz przy okazji nie zabił, jednak udało się to tylko nielicznym. Dwunodzy, bo tak na ludzi mówiły często gryfy, nie przypominali czegoś, z czym można było się wcześniej spotkać. Ich dziwne twarze, ich łatwość rozróżnicowania płci, ich kolor włosów, ich ubrania... To wszystko sprawiało, że każdy z nich był wyjątkowy. A może tylko powierzchownie wydawali się być tak idealni, jak młodzieży się zdawało? Mogłoby się zdawać, że już udało się dojść paczce do jakiegoś sklepu bądź starego budynku, lecz jeden z nich (dwunogich) w akcie desperacji chwycił w dłoń jakąś dziwną, metalową broń oraz przy okazji ją odbezpieczył, by móc oddać strzał z niej. Wycelował w jednego z kolegów Ignisei, mając na twarzy namalowaną ogromną złość, a następnie można było usłyszeć tylko oddany strzał z Berrety, krzyki towarzysza. Na podłodze znalazł się ogromny ślad krwi, a w klatce piersiowej przyjaciela pojawiła się czerwona, spora dziura, przez którą ciekła ta dziwna, ale też i straszna ciecz. Bohaterka spojrzała na to z ogromną przykrością i strachem, jednak nie mogła się powstrzymać z grupą przed zemstą za zabicie kolegi. Tak oto rzucili się na człowieka, jednak na darmo, ponieważ byli wtedy tylko dziećmi. Okropna istota miała "zmarnować" ostatni pocisk na dziewczynę z paczki, gdy usłyszano głos osób, które były ubrane nie w biały płaszcz, a w kitle. W dłoni mieli jeszcze inną broń, z której wylądował na skórze gryficy środek nasenny, przez co zaczęła się kiwać na boki, a następnie upadła, przymykając swoje niebieskie oczy oraz zasypiając przy okazji. Nie chciała się poddawać, lecz coś ją do tego zmusiło, wtedy to aż tak się na medycynie nie znała. Nie wiedziała, że środek, który jej podano do krwi, spowoduje jej natychmiastowe zaśnięcie, no ba, skąd miała o tym wiedzieć? Przecież jej wiedza ciągnie się tylko do robienia herbatki, latania oraz atakowania ostrymi jak brzytwa pazurami!

Obudziła się przywiązana do dziwnego urządzenia, a jej stan fizyczny serca monitorowała dziwna, niespotkana wcześniej przez nią maszyna. Ona tylko pykała co chwilę, oddając charakterystyczny dla szpitali i podłączonych kardiomonitorów dźwięk. Na początku wszystko było rozmazane niczym widok przez okulary na co najmniej +2, lecz po chwili ten stan zniknął, mogąc wreszcie zobaczyć po części, w jakim miejscu się znajduje. Głowa strasznie ją bolała, przez co nie mogła na początku niczego skojarzyć, jakby film się uciął w jednym z najgorszych momentów oraz klatka znalazła się tutaj. W jej oczach na początku malował się ogromny strach, lecz po chwili zdołała sobie wszystko przypomnieć, a było to dla niej niezwykle bolesnym przeżyciem. Zapomnianą rzeczą było to, iż jako jedyna z grupy zdołała ocalić się, ale to nie ona uratowała się, lecz... spojrzała na te istoty, które zabiły jej kolegów i koleżanki. Gdyby nie to, że została przywiązana do krzesła za pomocą mocnego, skórzanego pasa, mówię Wam, rozwaliłaby całe laboratorium! W jej oczach znajdowała się ogromna nienawiść do tego gatunku, najchętniej by rozszarpała wszystkich wokół niej! Byli oni tym razem w dziwnych, białych oraz zielonych maskach oraz nosili podobnego koloru rękawiczki na ręce, a w ich dłoniach znajdywały się przeróżne skalpele oraz inne przyrządy potrzebne do operacji dowolnej żywej bądź i martwej istoty na tym świecie. Jej uwagę przykuł jednak dziwny przedmiot, który emitował dziwnym kolorem, aż rozpuszczono go w jeszcze dziwniejszym naczyniu zwanym probówką w dzisiejszych czasach za pomocą jakiegoś żrącego kwasu. Nad szklanym pojemniczkiem z denaturatem, którego zamoczony sznur palił się, pojawiło się ognioodporne naczynie z rozpuszczonym dziwnym kamieniem, pozostawiając podejrzany oraz dziwny płyn. Zapach w pomieszczeniu był okropny, jakby coś spalonego! Tak oto wzięto igłę w dłoń oraz są pomocą pociągnięcia tłoka nabrano sporą ilość ten substancji, a następnie wbito w jedną z żył gryfa oraz wtłoczono do organizmu Ignisei tajemniczy środek, aż nastąpił przedziwny i niekontrolowany wybuch, który zabił wszystkich dookoła. Na początku czuła pieczenie, ale po chwili przestała odczuwać ból od ciepła, jakie płomień powodował. Jej pióra stały się czerwone, pomarańczowe, ale także i żółte, paliły się, ale nie zniknęły tak szybko niczym laboratorium. Wszystko się zmieniło w wyglądzie dziewczyny, jednak nie tutaj o to chodziło. Czy o to chodziło ludziom w całym eksperymencie - mamy możliwość zapytania ich gdzieś w niebie, albo w gorącym piekle. Oni mieli zamiar wykorzystać ukrytą moc w kamieniu do swoich niecnych celów za pomocą właśnie gryfa, by siać postrach wśród wrogów i zabijać ich z zimną krwią. Mogła dotknąć każdego i każdego w popiół zmienić, skazując osobę na śmierć. Czy to nie jest grzechem? Przecież ona nie chciała tego mieć, wszystko stało się przez ich ogromną ciekawość co do tego miejsca. Jedynym sposobem, jak się okazało, by pozbyć się tego grzechu w ciele, należało wykorzystać całą energię skupioną w organizmie, zatem zaczęła mordować, ale nie wszystkich i nie bez przyczyny. Jej pierwszą ofiarą stał się ten, który rozpoczął strzelaninę, Max Insectepor, a zginął on od niewielkiego dotyku jej łap czy też pazurów, a nie jest to zapewne takie ważne. Ważniejsze jest to, że dokonała pierwszej zemsty, dając się w ramiona Nemezis. A może i nie? Ignisea zdołała zdobyć bardzo wiele informacji na temat ludzi, którzy pracowali w tej tajemniczej i prawdopodobnie nielegalnej organizacji, przez co jeszcze więcej ludzi zabijała. To miasto stawało się coraz mniej skażone, jakby sama Matka Natura pokazywała, że jeszcze tutaj istnieje i jej serce bije. Wojowniczka nie powróciła niestety do matki i nie skontaktowała się z nią, jednak pozostawiła jej na pamiątkę pomarańczowe pióro, które posiadało jej wcześniejszy zapach. Ignisea nie mogła od tak sobie powrócić do domu, mówiąc wszystkim dookoła, że jest zabójcą, i to poszukiwanym za najgorsze czyny, jakich się gryf dokonał. Musiała uciec. Po kilkunastu latach ciężkiej roboty, a może i nawet więcej (ze względu na to, że nie wiem dokładnie, ile gryfy żyją), wzięła swoje manatki i ruszyła w podróż, rozwijając swoje wreszcie wolne od grzechu skrzydła, pozbywając się całej tej niezwykłej mocy, która nawiedziła jej ciało. Zdołała zabić prawie wszystkich, którzy należeli do tej dziwnej organizacji, a było ich całkiem sporo, przez co zużywała na każdego z nich swoją moc, a starała się robić to jak najczęściej oraz jak najsilniej. Jedynymi rzeczami, które pozostały po tej ogromnej metamorfozie jest tylko wygląd legendarnego ptaka. Jej ogon jest za to prawie normalny, jak u zwykłego lwa. Przypomina Feniksa, lecz bardziej typowego gryfa z nietypowym, niespotykanym upierzeniem.

Charakter:
Bardzo spokojna gryfica, która wyróżnia się jedynie swoim wyglądem, niczym więcej (to znaczy, chyba). Jest dosyć chętna na nowe znajomości, życie już ją trochę nauczyło, chociaż nie wiadomo dokładnie, ile już lat ma za sobą. Na początku może być chłodna wobec innych, lecz po ogólnym poznaniu będzie zapewne kogoś lubiła. Rzadko wchodzi w bójki (stara się prowadzić normalne życie), niezbyt często się uśmiecha, lecz czasami może się jej to zdarzyć. W razie niebezpieczeństwa gotowa jest obronić bliskich, których kocha oraz przetrwać do ostatniej kropli krwi, do ostatniego tchu. Bardzo lubi słodycze, które spotkała w owym mieście, przebywając kilka lat w pełnym chemikaliów miejscu.

Ekwipunek:
Brak czegoś z przeszłości, jedynie 50 Kości.

Coś więcej:

Wielkością przypomina normalnego wilka, lecz znacznie się różni od nich, ponieważ ma pióra koloru prawdziwego ognia oraz skrzydła, dzięki którym może wzbić się w powietrze.

Wobec tego, co się sądzi o jej wyglądzie, nie jest Feniksem oraz nie może się ponownie urodzić z popiołu, a w szczególności nie zamieni się w go.

Atrybut:
Szybkość, może lepiej biegać od innych z jej gatunku, co przydaje się w atakach z zaskoczenia, a dzięki temu z łatwością zabijała ludzi z tajemniczej organizacji.

Zobacz profil autora

2 Re: Pulvis es et in pulverem reverteris. on Sob Paź 24 2015, 13:58

Marano


Latający Lekarz
Śliczna karta, nie mam zastrzeżeń.

A K C E P T U J Ę !


___________________________________


MOJE IMIĘ? MARANO.
MÓJ WIEK? PIĘĆ LAT.
MOJA RANGA? LATAJĄCY LEKARZ.
WYMARZONY ZAWÓD? BETA.
MOJA ORIENTACJA? HETEROSEKSUALNA.
MOJE ATRYBUTY? SPRYT, LATANIE, PIERWSZA POMOC,
WIEDZA MEDYCZNA, PONADPRZECIĘTNY WZROK
ORAZ WYTRZYMAŁOŚĆ
.
MOJA PRZYNALEŻNOŚĆ? WATAHA OGNIA.
MÓJ EKWIPUNEK? 405 KOŚCI,
SZTYLET, SMOCZA ŁUSKA
.


Zobacz profil autora

Powrót do góry  Wiadomość [Strona 1 z 1]

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach